Wiadomości

stat

Pochodzą z zagranicy, w Trójmieście zarządzają najlepszymi hotelami

Dyrektorzy generalni: Michael Seling (hotele Radisson Blu w Gdańsku i Rezydent w Sopocie), Gregory Millon (Sofitel Grand Sopot) oraz Emanuele Dalnodar (Sheraton Sopot Hotel)
Dyrektorzy generalni: Michael Seling (hotele Radisson Blu w Gdańsku i Rezydent w Sopocie), Gregory Millon (Sofitel Grand Sopot) oraz Emanuele Dalnodar (Sheraton Sopot Hotel) fot. Lucyna Pęsik / trojmiasto.pl

Emanuele Dalnodar, Gregory Millon i Michael Saling - przyjechali do Polski, aby zarządzać pięciogwiazdkowymi hotelami w Trójmieście. Zanim tu jednak dotarli, zwiedzili kawał świata. Postanowiliśmy porozmawiać z nimi o "życiu w drodze", jakiego wymaga praca w branży hotelarskiej, przede wszystkim jednak zapytaliśmy o Polskę - o to, co ich tu przywiodło i jak odnajdują się w naszym kraju. Przedstawiamy trzy barwne postaci i ich historie.



Emanuele Dalnodar - dyrektor generalny Sheraton Sopot Hotel

Emanuele Dalnodar jest góralem. Urodził się w północnej części Włoch, niedaleko granicy z austriackim Tyrolem. Jako młody chłopak wyjechał do Monachium, aby podszkolić język niemiecki. Zatrudnił się wówczas jako kelner w hotelowej restauracji. Miał przepracować tam rok, został dwa lata. Za namową szefa postanowił rozwijać karierę w branży hotelarskiej. Miał wszystko, czego wymagała: uprzejmość, otwartość, cenił sobie jakość. Aby szkolić kolejne języki, wyjechał do Londynu. Tu trafił na świetnych prowadzących - dali mu szansę pracy w księgowości, w ten sposób nauczył się finansów. Podróżował z kraju do kraju zdobywając nowe kompetencje. W monachijskim Sheratonie zarządzał już grupą 350 pracowników.

Polska jest teraz moim domem. Nie tęsknię za Włochami.
Gdy po kilku latach osiadł z żoną i dziećmi w Anglii, z intencją spędzania z nimi więcej czasu, branża nie chciała o nim zapomnieć. W Warszawie otwierał się wówczas Sheraton. Średnio co dwa miesiące dzwonił do niego telefon z propozycją pracy w Polsce. Ze względu na najbliższych konsekwentnie odmawiał. Jednak gdy kilka miesięcy po otwarciu hotel w Warszawie borykał się z problemami w dziale gastronomicznym, zgodził się pojechać tam na 4 dni, aby zdefiniować problem i zaproponować jego rozwiązanie. Był rok 1997. Gdy wysiadał z samolotu szara, styczniowa Warszawa nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. "Padał tego dnia taki deszcz, który nie był nawet deszczem", wspomina. Wszystko jednak zaczęło się zmieniać w momencie, gdy przekroczył próg hotelu. Był mądrze zaprojektowany, luksusowy, z myślą o jak najlepszej trosce o klienta. Poznał pracowników - młodych, ambitnych, chętnych do pracy, chcących się wykazać. Był pod dużym wrażeniem tego, co zastał. W trakcie pobytu w Warszawie poznał Kurta Schellera - słynnego, pochodzącego ze Szwajcarii kucharza Hotelu Bristol. I wówczas zadeklarował - jeżeli Kurt zgodzi się pracować dla Sheratona, on też. Tym sposobem trzy tygodnie późnej ponownie wylądował w Warszawie, tym razem z kilkoma walizkami u boku.

W Polsce mieszka już od 19 lat. Założył tu drugą rodzinę, nauczył się języka. Cieszy go intensywny rozwój kraju. Uważa, że młodzi Polacy to największy jego potencjał. Docenia to, że "chce im się chcieć". Lubi zarządzać zespołem zmotywowanych osób. Określa im cele, ale nie wykazuje sposobu ich realizacji - "moi pracownicy idą tam, gdzie chcę, aby poszli, ale drogę wyznaczają sobie sami", twierdzi. Ze swoim zespołem w stolicy pracował po 12 godzin dziennie. W 2005 roku Hotel Westin w Warszawie, którym zarządzał między 2003 a 2006 rokiem, został uznany za najlepszy spośród 123 hoteli tej grupy na całym świecie. "Polacy tego dokonali", mówi. W hotelu pracowały wówczas 224 osoby, ja i mój kolega Niemiec byliśmy jedynymi cudzoziemcami".


Uśmiech nic nie kosztuje, a jest tak drogocenny.
W Trójmieście mieszka od 3 miesięcy. Dla górala doświadczenie życia nad morzem jest bardzo ciekawe. Uwielbia plażę, codziennie rano biega z psem do Orłowa. Do Włoch jeździ z narzeczoną na dwa tygodnie zimą i dwa tygodnie latem. Wówczas w piecu opalanym drewnem przygotowuje swoją ulubioną potrawę - polenta coniglio, bo gotowanie to jego pasja. Ale za Włochami nie tęskni. "Polska jest teraz moim domem", deklaruje. W Polakach kocha wszystko oprócz narzekania - to strata pozytywnej energii, jak twierdzi. Dlatego on sam uśmiecha się dużo, właściwie cały czas. "Uśmiech nic nie kosztuje, a jest tak drogocenny", podkreśla.


Michael Saling - dyrektor generalny Hotelu Radisson Blu w Gdańsku oraz Hotelu Rezydent w Sopocie

Michael Saling z wykształcenia jest inżynierem. Po ukończeniu studiów pracował jako konstruktor maszyn. W wieku 26 lat opuścił Niemcy i wyjechał do Irlandii, aby uczyć się języka. Zatrudnił się w hotelu jako koordynator imprez. Całkiem szybko postanowił, że do mechaniki nie powróci - praca z ludźmi dawała mu o niebo więcej satysfakcji. Przemieszczał się z hotelu do hotelu, krok po kroku zdobywając kolejne doświadczenia. W 2007 roku został managerem działu imprez w powstającym w centrum Dublina hotelu Radisson Blu Royal, szybko zaczął tu zarządzać także barem i restauracją. Następnie przez trzy lata pełnił funkcję dyrektora hotelu tej samej grupy w Letterkenny. Gdy otrzymał propozycję przyjazdu do Polski, miał już za sobą bogate doświadczanie.

Dlaczego nie wracacie z Irlandii? Przecież w Polsce jest wszystko, czego trzeba, aby dobrze i ciekawie żyć.
Nie wahał się ani chwili. Pracując w Irlandii poznał wielu Polaków. Od początku bardzo ich sobie cenił, nawiązane z nimi znajomości wspomina jako fantastyczne. W Polsce był przedtem tylko dwa razy: na ślubie kolegi w Krakowie oraz w 1986 r., gdy jako mały chłopak podróżował przez Polskę pociągiem. Pochodzi z Niemiec Wschodnich, dlatego dobrze pamięta, że krajobraz, który obserwował zza szyby nie różnił się tak bardzo od tego, który znał z rodzimego podwórka. Gdy dwa lata temu przyleciał do Gdańska, był pozytywnie zaskoczony. Zadzwonił do polskich znajomych z Irlandii z pytaniem dlaczego nie wracają. "Przecież w Polsce jest wszystko. Rozumiem, że być może płace są niższe, ale poza tym nie brakuje tu niczego, aby wieść dobre, ciekawe życie".

Dobry lider musi nauczyć się oddawać prace i odpowiedzialność w ręce innych osób.
W Polakach ceni sobie przede wszystkim szczerość w rozwiązywaniu problemów. "Potraficie otwarcie rozmawiać o trudnościach, konflikty wyjaśniacie bez przeciągania w nieskończoność, bez obgadywania za plecami - przynajmniej takie jest moje doświadczenie. Poza tym cenię sobie waszą etykę pracy: solidność, punktualność, rzetelność, słowność". Z Emanuele i Gregorym praktykują podobny model zarządzania. "Ludziom trzeba zaufać, pozwolić samodzielnie rozwiązywać problemy, nie podawać ich na tacy. Od pracowników oczekuję, że sami przychodzić będą do mnie z rozwiązaniami, a jeśli popełnią błędy - wyciągną wnioski i unikną ich w przyszłości. Rozwijamy się i uczymy na niepowodzeniach". Swoją rolę widzi bardziej jako coacha niż managera. Lubi mówić o sobie "lider". Dobry lider, twierdzi, musi nauczyć się tracić kontrolę, oddawać pracę i związaną z nią odpowiedzialność w ręce innych osób. Musi być na ludzi uważny, słuchać ich, ufać, przyjmować pomysły i akceptować ich niepowodzenia.

W chwili obecnej pracuje bardzo intensywnie, zarządza bowiem dwoma hotelami - Radisson Blu w Gdańsku oraz hotelem Rezydent w Sopocie. Lubi miejski harmider, zgiełk i ruch, ale mieszka poza Gdańskiem, w Koleczkowie. Tam ma dwa psy, konia i cieszy się przyrodą. Ceni sobie taki podział - na dynamiczną pracę w centrum miasta oraz spokojne, rodzinne życie poza jego granicami, blisko natury. Poza tym lata na szybowcach. I nigdzie się z Gdańska nie wybiera, życzy sobie pracować tu tak długo, jak to będzie możliwe.


Gregory Millon - dyrektor generalny Sofitel Grand Sopot

Gregory Millon pochodzi z Francji. Studiował Administrację i Finanse, ale od zawsze nosił obraz siebie jako managera pięknego hotelu. W hotelarstwie zaczął pracować w dziale finansowym. Cenne doświadczenie zdobył w luksusowym Trianon Palace Versailles w Wersalu - to tu zadecydował, że zamiast w księgowości, woli pracować z ludźmi. Otrzymał wówczas ogromny kredyt zaufania - mimo braku doświadczenia i praktyki powierzono mu opiekę nad działem gastronomicznym hotelu. "Pierwszych 6 miesięcy było najtrudniejszych. Samodzielnie musiałem skompletować zespół do pracy i podstaw branży uczyć się metodą prób i błędów. Ale udało się". Przełożeni pozwolili mu awansować. Wyjechał do Londynu, gdzie zdobywał kolejne kompetencje. Stamtąd przeniósł się do Rumunii. W ciągu 4 lat miał przeprowadzić rebranding hotelu oraz otworzyć przy nim restaurację. Tu poznał swoją przyszłą żonę. Kolejną jego destynacją mógł być Dubaj, Francja, Bułgaria, ale wybrał Polskę. Poznański Novotel zaoferował mu stanowisko dyrektora generalnego. "Klucze hotelu wędrowały w moje ręce. To była oferta najbardziej dla mnie rozwojowa".

Wiedza na temat hotelarstwa nie jest w Polsce tak szeroka, jak na Zachodzie, ale to Zachodowi brakuje pracowników, którzy brak wiedzy potrafiliby zrekompensować sercem i zaangażowaniem w pracy.
Do Polski przyjechał w 2012 roku, w momencie, gdy branża hotelowa musiała otworzyć się na gości zagranicznych. Po Euro 2012, uważa, hotelarstwo polskie z działającego lokalnie otrzymuje międzynarodowe doświadczenie. W Polsce pokutują jego zdaniem jeszcze mechanizmy autorytatywnej szkoły zarządzania, polegającej na wydawaniu poleceń i egzekwowaniu ich prawidłowego wykonania. On tak nie pracuje. W podwładnych szuka partnerów, którym powierzyć może odpowiedzialne zadania, specjalistów, którzy w swoich dziedzinach będą przewyższać go kwalifikacjami. Nie boi się utraty autorytetu, chce pracować jako koordynator grupy profesjonalistów. Podobnie jak Emanuele widzi w Polakach ogromny potencjał. "Wiedza na temat hotelarstwa nie jest w Polsce tak szeroka, jak na Zachodzie, ale to Zachodowi brakuje pracowników, którzy brak wiedzy potrafiliby zrekompensować sercem i zaangażowaniem w pracy". W swoim zawodzie nie koncentruje się w pierwszej kolejności na gościu, ale na kadrze. "Wolę zainwestować w pracownika, bo dobry pracownik inwestuje w gościa. Pracownicy to silnik całej hotelarskiej maszyny. Jeśli się o niego nie dba, szybko rdzewieje". Do Sopotu przeprowadził się latem 2013 roku. Jako dyrektor Sofitel Grand Sopot regularnie organizuje spotkania przy tzw. otwartym stole. Uczestniczą w nim wszyscy zatrudnieni w hotelu, poza managerami głównych działów. Rozmawia się na nich otwarcie o wszystkim, bez skrupułów. Dba o kontakty wewnątrz firmy i podkreśla, że są one podstawą hotelarstwa. "Niezależnie od tego, w jakim sposób branża rozwinie się w przyszłości, ludzie i relacje między nimi będą zawsze stanowić jej fundament".

Ludzie i relacje między nimi będą zawsze stanowić fundament branży hotelarskiej.
W Trójmieście nie pozostanie pewnie długo, jest gotowy do tego, aby wyruszyć w dalszą podróż. Z każdą zmianą mierzy się z żoną, która świadomie zdecydowała się na nomadzki styl życia przy jego boku. Zaczynanie wszystkiego od nowa co kilka lat nie jest proste, ale daje możliwość poznawania świata, a Gregory nie boi się zmian. Wręcz przeciwnie - lubi dostosowywać do najróżniejszych, zastanych sytuacji. Nie ocenia ich, raczej analizuje. Zmiana to dla niego jedyna stała w zawodzie. Gotowy jest podążać za dynamicznie zmieniającą się i ewoluującą branżą. Uwielbia zegarki. Może one przypominają mu, że "wszystko płynie"? Ma ich około piętnastu i chętnie zmienia w zależności od okoliczności. A w Sopocie najbardziej ujmują go pory roku. Następujące po sobie jesień, zima, lato są tu wyraźne i dostarczają odmiennych, niezapomnianych wrażeń.

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 75)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Wydarzenia

Sprawdź się

Poziom:

Żołądź to owoc: