• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Katarzyna Figura: Nigdy nie uznawałam się za amantkę

Tomasz Zacharczuk
24 listopada 2022, godz. 18:30 
Opinie (33)

Zakopane w śniegu górskie miasteczko, gorączkowe przygotowania do rodzinnej uroczystości i ... generał Jaruzelski ogłaszający w radioodbiorniku stan wojenny. Marianna, główna bohaterka filmu "Chrzciny", nie po to jednak ściągnęła do domu skłócone ze sobą dzieci, by okazję do pojednania po latach uniemożliwiła trudna sytuacja w kraju. Kobieta zataja więc przed bliskimi prawdę, co uruchamia lawinę kłamstw i pomyłek. Główną rolę w reżyserskim debiucie Jakuba Skoczenia gra Katarzyna Figurą, a w jedną z jej córek wciela się Agata Bykowska. Z aktorkami gdańskiego Teatru Wybrzeże porozmawialiśmy o filmowych "Chrzcinach", na które wciąż jeszcze można wprosić się do kin.



Recenzja filmu Recenzja filmu "Chrzciny"

Grudzień 1981 roku. Górska prowincja. W rodzinnym domu Marianny (Katarzyna Figura) pojawiają się jej dorosłe dzieci: Tadeusz (Michał Żurawski), Wojtek (Tomasz Schuchardt), Teresa (Agata Bykowska), Irena (Marta Chyczewska), Tolo (Maciej Musiałowski) i Hanka (Marianna Gierszewska). Okazją do spotkania po latach są chrzciny dziecka najmłodszej z córek Marianny. Głównej bohaterce filmu Jakuba Skoczenia zależy przede wszystkim na pojednaniu zwaśnionego potomstwa. Każde z ich dzieci reprezentuje bowiem odmienny światopogląd i ma własny pomysł na życie, co prowadzi do nieustannych tarć i konfliktów.

Marianna jest nadopiekuńczą matką i gorliwą katoliczką, więc dobro rodziny stawia ponad wszystko. Nawet ponad stan wojenny, który ogłasza właśnie generał Jaruzelski. O tym dość istotnym fakcie nie wiedzą jednak jej dzieci. Marianna chowa więc do szafy radio, przecina kable od telewizora i postanawia swoich bliskich jak najdłużej utrzymać w błogiej nieświadomości. Przynajmniej do czasu oczekiwanego pojednania przy wspólnym stole i przed obliczem Matki Boskiej. Niewinne kłamstwo pociąga za sobą całą lawinę pomyłek, a na wierzch wypływają zamierzchłe rodzinne sekrety.

Marianna (Katarzyna Figura) podczas chrzcin chce pojednać ze sobą skłóconą rodzinę. W tym samym czasie wybucha stan wojenny w Polsce. Kobieta stara się to zachować w tajemnicy, by członkowie rodziny się nie rozjechali. Przynajmniej do czasu pojednania. Marianna (Katarzyna Figura) podczas chrzcin chce pojednać ze sobą skłóconą rodzinę. W tym samym czasie wybucha stan wojenny w Polsce. Kobieta stara się to zachować w tajemnicy, by członkowie rodziny się nie rozjechali. Przynajmniej do czasu pojednania.

Katarzyna Figura: Jestem dumna z mojej Marianny



"Chrzciny" są świetnym jakościowo i spektakularnym ze względu na aktorską metamorfozę powrotem Katarzyny Figury na pierwszy plan. W ostatnich latach mieszkającej i pracującej w Trójmieście artystce przypadały bowiem barwne, ale jednak drugoplanowe kreacje choćby w takich produkcjach jak "7 uczuć", "Śniegu już nigdy nie będzie" czy "Dziewczyny z Dubaju". Rolą Marianny obchodząca w tym roku 60. urodziny Figura otwiera nowy rozdział swojej bogatej przecież kariery.

Tomasz Zacharczuk: Trudno na co dzień dostrzec w pani choć namiastkę tej postarzałej, przygarbionej i zatroskanej Marianny. Wydaje mi się, że tak odważne, a zarazem pracochłonne przemiany dają aktorom największą satysfakcję. Czy tak jest również w pani przypadku?

Repertuar kin w Trójmieście - zobacz co grają


Katarzyna Figura: Już od dawna najbardziej fascynujące, pociągające i inspirujące jest dla mnie zadanie, kiedy mogę stworzyć postać, która charakterologicznie i fizycznie jest daleko od mojego codziennego wizerunku. Myślę, że Marianna jest właśnie taką bohaterką. Bohaterką, którą starałam się stworzyć przez długi czas w pełnym skupieniu i z ogromną determinacją. Od pierwszego wglądu w scenariusz wiedziałam, że to postać, w którą chcę absolutnie włożyć maksimum wysiłku, bo jest po prostu olbrzymim aktorskim wyzwaniem. Czułam, że dzięki Mariannie jestem w stanie dać publiczności od siebie jeszcze więcej. Jestem zachwycona efektem. Mam tutaj na myśli zarówno moją kreację, jak i cały film Kuby Skoczenia.

W którym momencie stała się już pani filmową Marianną?

Jeśli chodzi o wizualne aspekty, to na pewno wtedy, gdy zobaczyłam siebie bez makijażu i w tych szaroburych włosach, które podczas jednej nocy wspólnie układałyśmy i wydłużałyśmy w Warszawie wraz ze stylistką Jagą Hupało. Zobaczyłam wówczas kogoś zupełnie innego i w jednym momencie dopełnił się cały mozolny proces metamorfozy. Uświadamiasz sobie nagle, że właśnie wpuszczasz budowaną przez siebie postać do krwiobiegu, zaczynasz nią oddychać, widzisz zmieniające się rysy.

Podobne odczucia, choć oczywiście w znacznie mniejszej roli, towarzyszyły mi kiedyś podczas prac nad "Pianistą" Romana Polańskiego, gdzie zagrałam antysemitkę. Pamiętam, że moja scena przesuwała się w nieskończoność, ale dzięki temu miałam mnóstwo czasu, by poznać swoją bohaterkę. Gdy tę wewnętrzną przemianę uzupełniła jeszcze znakomita charakteryzacja nieocenionego Waldemara Pokromskiego, ujrzałam w końcu tego kobiecego potwora i było to porażające uczucie. Podobnie zadziałało to w przypadku kostiumu w "Chrzcinach", lecz były to już takie końcowe szlify. Do odgrywania swoich postaci podchodzę w bardzo organiczny sposób, długo noszę je w sobie. Tak było z Marianną.

Jaką kobietą jest pani bohaterka?

To kobieta cierpiąca. Chyba najwyraźniej widać to w moich oczach. Marianna to kobieta, która przez kilkadziesiąt lat uwikłana jest w pewnego rodzaju służbę. Celowo poświęca się w imię wyższej idei, jaką w jej przypadku jest bezwarunkowa miłość do swoich dzieci. Sprawia wrażenie zapomnianej, niewidzialnej, pominiętej - głównie przez samą siebie, bo nigdy nie miała czasu na samorozwój i spełnianie własnych potrzeb. Można powiedzieć, że w "Chrzcinach" mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym, ale to właśnie Marianna zaplata te wszystkie niewidzialne gołym okiem linki i skupia na sobie całą uwagę. To niezwykle dramatyczna i poruszająca postać, z której jestem ogromnie dumna.

Dla Katarzyny Figury rola w "Chrzcinach" to powrót na pierwszy plan i jedna z największych aktorskich metamorfoz w jej karierze. Dla Katarzyny Figury rola w "Chrzcinach" to powrót na pierwszy plan i jedna z największych aktorskich metamorfoz w jej karierze.
Na festiwalu w Gdyni nagroda za najlepszą rolę żeńską trafiła do Doroty Pomykały za "Kobietę na dachu". Był to niejako sygnał dla naszych filmowców, że jest w polskiej kinematografii miejsce dla dojrzałych kobiet i niekoniecznie na drugim planie. Pani rolą Marianny też to udowadnia. Czy jest szansa na "nowe rozdanie" dla aktorek pani pokolenia?

Dodajmy też do tego świetną rolę Doroty Kolak w "Głupcach". Dobry przykład na to, jak aktorki w naszym wieku mogą zostać wspaniale obsadzone. Kiedyś takich ról w polskim kinie nie było. Pamiętam, jak kilka lat temu zachwycałam się kreacją Meryl Streep w filmie "Sierpień w hrabstwie Osage", gdzie zagrała schorowaną na raka kobietę uciekającą w alkohol. Ja wprost marzyłam o podobnej roli! Zawsze uwielbiałam postarzać się na ekranie i podejmować aktorskie wyzwania, jak choćby w "Paniach Dulskich" Filipa Bajona czy znacznie wcześniej, jeszcze na początku mojej kariery, w filmie i serialu "Panny i wdowy" Janusza Zaorskiego.

Nigdy nie uznawałam się za amantkę. To jest chyba w mojej aktorskiej naturze, że lubię być brzydka, zła, czasami nie do końca uczciwa. Nigdy też nie chciałam być seksbombą. To media w ten sposób mnie zaszufladkowały. Ja siebie widziałam zawsze jako aktorkę charakterystyczną. Jak w "Pociągu do Hollywood", "Kingsajzie" czy "Pierścieniu i róży".

Wydaje mi się, że obraz skłóconej rodziny w "Chrzcinach" nabiera znacznie szerszej perspektywy. Rodzina Marianny jest jakby odbiciem nas samych. Skonfliktowanych i poróżnionych, nawet pomimo zmian, jakie zaszły w naszym społeczeństwie przez te ponad 40 lat.

Miałam 19 lat, gdy wprowadzono stan wojenny w Polsce. Byłam po maturze i zdałam na studia. Miałam jechać do Anglii do mojego wujka, który od czasów służby w siłach alianckich tam mieszkał. Pamiętam nawet rozłożoną walizkę, którą pakowałam od tygodnia. To miała być moja pierwsza podróż za żelazną kurtynę. 13 grudnia włączyłam rano telewizor. A tam "śnieg" i po chwili Jaruzelski ogłasza stan wojenny. Granice zamknięte. Do wyjazdu nie doszło.

Dziś, mając już spory bagaż zawodowych i prywatnych doświadczeń, natrafiam na scenariusz, który bazuje na tamtych czasach, ale pokazuje bardzo uniwersalne wartości. Nabiera również dodatkowego znaczenia w obliczu wojny, która w tym roku wybuchła za naszą wschodnią granicą. Niedługo zasiądziemy przy wigilijnym stole. W niektórych przypadkach znów odżyją różnego rodzaju podziały, waśnie, niesnaski, animozje, wzajemne pretensje. Te podziały nadal są aktualne. Niestety niewiele się uczymy na własnych błędach i na przeszłości. Z tego względu warto obejrzeć ten film. Trochę, żeby się zaśmiać, trochę, aby uronić łzę. Przede wszystkim jednak po to, by zastanowić się nad tym, co jest naprawdę ważne.

Agata Bykowska dopiero stawia pierwsze kroki w kinie. Rola Teresy w "Chrzcinach" może być obiecującym początkiem dalszych sukcesów na dużym ekranie. Agata Bykowska dopiero stawia pierwsze kroki w kinie. Rola Teresy w "Chrzcinach" może być obiecującym początkiem dalszych sukcesów na dużym ekranie.

Agata Bykowska: "Chrzciny" to komedia oparta na słowie



Katarzynie Figurze w "Chrzcinach" partnerują doskonale znani szerokiej widowni aktorzy na czele z Tomaszem Schuchardtem, Michałem Żurawskim, Maciejem Musiałowskim czy Tomaszem Włosokiem. Wśród pań co prawda tak głośnych nazwisk nie ma, ale trójmiejska publiczność zapewne doskonale kojarzy Agatę Bykowską, urodzoną w Katowicach, ale zawodowo związaną z Gdańskiem aktorkę, która zabłysnęła już niejedną rolą na deskach Teatru Wybrzeże. W kinie dopiero stawia pierwsze kroki. Do tej pory kojarzona przez widzów mogła być głównie za sprawą roli Gabiji, litewskiej kucharki w serialu "Korona królów". W "Chrzcinach" wcieliła się w postać Teresy, najstarszej córki Marianny, która samotnie wychowuje dwójkę dzieci po tym, jak jej mąż wyjechał za pracą do USA.

Tomasz Zacharczuk: W jaki sposób znalazła się pani w obsadzie filmu?

Agata Bykowska: Jakubowi Skoczeniowi poleciła mnie Monika Lewicka, która znała już mnie z "Korony królów", bo tam również odpowiadała za casting. Przyszłam na przesłuchanie, które wypadło na tyle dobrze, że udało mi się zdobyć rolę Teresy. Bardzo mnie to ucieszyło, bo wiedziałam, że na planie będę miała możliwość współpracy z naprawdę utalentowanymi aktorami, których podglądanie w akcji przyniesie sporo korzyści pod kątem zawodowym. Poza tym uważam, że postać Teresy jest dobrze skrojona pod moje umiejętności. Fajnie też dostać rolę, która ma swoje miejsce w fabule. Nie jest dodatkiem, dekoracją na dalszym planie.

Recenzje filmowe - co warto oglądać?



Teresa to najstarsza córka głównej bohaterki. Co jeszcze możemy o niej powiedzieć? Czy ta postać czymś szczególnym pani zaimponowała?

Nie wiem, czy można to rozpatrywać w kategorii zaimponowania, ale na pewno wzbudziła mój szacunek swoją siłą ducha. Chociaż wydaje mi się, że w filmie pokazane to zostało w pejoratywny sposób. Dużą rysą na charakterze tej postaci jest bowiem fakt, że musi samodzielnie wychowywać dwójkę dzieci i nie może liczyć na wsparcie męża, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych i tam znalazł kochankę. To odcisnęło bardzo mocne piętno na osobowości Teresy. W pewien sposób ją złamało.

Jednocześnie wspólnie z reżyserem dużo pracowaliśmy nad upodobnieniem Teresy do Marianny. Poniekąd córka jest jej kopią, pierwszą do odziedziczenia domu, jedyną z najstarszego rodzeństwa, która pozostała w rodzinnym domu, za który zresztą de facto Teresa w coraz większej mierze odpowiada. To wszystko charakterologicznie zbliża ją do Marianny i wydaje mi się, że również widz bardzo szybko wychwyci te podobieństwa.

Teresa to stanowcza i twardo stąpająca po ziemi kobieta, ale jednocześnie - właśnie z powodów, o których pani wspomniała - postać krucha i ukrywająca swoją wrażliwość. A jak wypada w porównaniu z Agatą Bykowską prywatnie?

Wydaje mi się, że jest między nami bardzo duży rozdźwięk. Jestem raczej osobą pozytywną i w taki sposób staram się postrzegać rzeczywistość. Prywatnie raczej nie jestem kłótliwa (śmiech). To chyba ta największa różnica. Co nie znaczy, że nie mamy wspólnych elementów. Uznałabym za takie pewnego rodzaju hardość i surowość. Ja takie cechy wyniosłam z domu. Wychowałam się na Śląsku, gdzie wiadomo, że kobiety charakteryzują się bardzo mocną osobowością i temperamentem. Dokładnie takimi emocjami próbowałam również wypełnić postać Teresy. Wzorowałam się też na nerwowości i wybuchowości, bo moja bohaterka nie potrafi usiąść i porozmawiać. U niej wszystko jest czarne albo białe. Lubi rozkazywać rodzeństwu, choć niespecjalnie ma pogłos. Tym ognistym temperamentem usiłuje zatuszować ogromną krzywdę wyrządzoną przez męża.

Wspomniała pani o podobieństwie Teresy do Marianny, którą gra przecież doskonale znana pani Katarzyna Figura. Jak odnalazłyście się w relacji matka-córka?

Oj cudownie. Uwielbiam z Kasią pracować. Do tej pory miałyśmy taką okazję dwukrotnie na deskach teatru. Przy "Belli Figurze" wypracowałyśmy już między nami bliską relację, dlatego mi osobiście łatwiej było także wejść na plan "Chrzcin" i zbudować relację Teresy z Marianną. Bez dystansu, który zazwyczaj towarzyszy spotkaniu nieznanych sobie wcześniej osób. Ten etap mogłyśmy z Kasią przeskoczyć i skupić się na budowaniu naszych bohaterek i ich wzajemnej więzi. Kasia jest oczywiście nieoceniona. Czy to na scenie, czy przed kamerą jest absolutnym zwierzakiem. Widać, że scena i plan zdjęciowy to są jej żywioły.

Agatę Bykowską doskonale znają przede wszystkim stali bywalcy gdańskiego Teatru Wybrzeże, w którym pochodząca ze Śląska aktorka występuje już od prawie 10 lat. Agatę Bykowską doskonale znają przede wszystkim stali bywalcy gdańskiego Teatru Wybrzeże, w którym pochodząca ze Śląska aktorka występuje już od prawie 10 lat.
A jak w pani przypadku wygląda przeskok z teatralnej sceny na plan filmowy? W czym tkwi ta największa różnica?

Chyba w skupieniu, które trzeba podtrzymywać na każdym etapie pracy na planie zdjęciowym. W teatrze poruszamy się po wyznaczonych już ścieżkach, czujemy doskonale scenę i widownię, zaś w pracy przy filmie dochodzi jeszcze "trzecie oko", czyli kamera. Właściwie trzeba na nowo wyznaczyć sobie takie ścieżki i nauczyć się kontroli przestrzeni. Dochodzi mnóstwo dodatkowych bodźców i elementów, które w teatrze nie ingerują tak bezpośrednio w grę. Jeśli chodzi o pracę na planie zdjęciowym, to ciągle się tego uczę.

Ten plan był na tyle przyjemny i wygodny, a panująca atmosfera była tak luźna, że to skupienie, o którym mówię, nawet nie było tak mocno wymagane. Zamknęliśmy się na dwa tygodnie z całą ekipą, więc mieliśmy mnóstwo czasu, by poznać siebie, naszych bohaterów, rozrysować sobie poszczególne relacje i nauczyć się przebywania ze sobą. To było bezcenne w kontekście realizacji poszczególnych scen. Nie było większego stresu. Moi filmowi bracia dbali o to, by rozładowywać atmosferę i sporo żartować, więc o presji nie mogło być mowy. Miałam wrażenie, że ja tu nawet nic nie gram, tylko gdzieś tam wchodzę, tu coś postawię, tam powiem parę zdań (śmiech).

Wspomniała pani o przyjemnym i wygodnym planie, a na ekranie widać solidny ziąb i mnóstwo śniegu. Rzeczywiście w takich warunkach pogodowych pracowało się komfortowo?

Muszę zdradzić, że większość wewnętrznych scen kręciliśmy już w domu w Konstancinie, daleko od gór. I to wiosną (śmiech). Aż tak ciężko więc nie było, ale rzeczywiście zdjęcia przy tych ujemnych temperaturach i śnieżnych zaspach może delikatnie dały się we znaki, ale ta piękna zimowa aura dodawała dodatkowego realizmu.

Z pogodą więc sobie poradziliście, ale na COVID nie było już sposobu. Początek pracy przy filmie przypadł chyba na epicentrum pandemii?

Rzeczywiście. Pamiętam, że w pierwszych dniach pracy na planie wszyscy w wolnych chwilach siedzieli z telefonami w dłoniach i sprawdzali najnowsze wieści. Później na trzy miesiące musieliśmy przerwać pracę. Byliśmy jedną z pierwszych ekip, które wróciły po lockdownie do kręcenia. I przyznam, że gdzieś w tym całym nieszczęściu i smutnej rzeczywistości była jedna drobna korzyść. Nie mieliśmy zupełnie innych zobowiązań zawodowych, dlatego mogliśmy przez dwa tygodnie w pełni poświęcić swój czas na "Chrzciny". Myślę, że w innych realiach, przy gęsto wypełnionych kalendarzach, moglibyśmy liczyć na góra kilka dni w pełnej obsadzie.

"Chrzciny" to film historyczny, komedia obyczajowa czy dramat społeczny?

Sądzę, że wszystkiego po trochu. Ten aspekt historyczny jest naprawdę rzetelnie odzwierciedlony przez scenografię, charakteryzację czy kostiumy. Pamiętam, że gdy weszłam do naszego filmowego domu byłam kompletnie zdumiona, jak autentycznie wyglądają wszystkie rekwizyty i elementy scenografii. Nawet w kuchni, w której moja Teresa spędza sporo czasu, w szafkach porozstawiane były typowo peerelowskie produkty. Uważam, iż pod kątem zgodności z prawdą historyczną, twórcom "Chrzcin" udało się zadbać o ten aspekt w sposób naprawdę wybitny.

Osobiście określiłabym film komedią opartą na słowie. Oczywiście znałam scenariusz na wylot, ale tak naprawdę siłę humoru, i to tego słownego właśnie, poznałam dopiero podczas pokazu filmu na festiwalu w Koszalinie. Siedziałam pośrodku widowni i obserwowałam, jak ludzie zaśmiewali się w głos. Nie ma tu zbyt wielu klasycznych trików komediowych, a właśnie słowo pełni największą rolę. A to tylko jeden z wielu powodów, dla których moim zdaniem warto dać się zaprosić na "Chrzciny".

Film

7.8
42 oceny

Chrzciny

obyczajowy, komedia

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (33)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Konkurs wiedzy o zarządzaniu i ekonomii

sesja naukowa

Wykład: Future of wind energy

wykład

Cykl warsztatów herstorycznych

warsztaty

Sprawdź się

Sprawdź się

Wybierz poziom

Jony mogą mieć ładunek:

 

Najczęściej czytane